Tłumaczenie

piątek, 23 sierpnia 2013

Wróciłam wreszcie więc proszę bardzo dalszy ciąg 2 rozdziału :D

W tym momencie sen się skończył, a ja w środku nocy oblana potem zaczęłam krzyczeć. Natychmiast poczułam mokry nos na swojej dłoni oraz miękką sierść. Głaszcząc Sisi i z trudem łapiąc oddech, patrzyłam w ciemność. Cieszyłam się, że suczka jest przy mnie, bo to oznaczało bliskość mamy. Zawsze wierzyłam, że póki żyje Sisi to żyje i mama. Załączyłam lampkę nocną i spojrzałam za zegar, który pokazywał godzinę 2:34. "Dziś sobota" - pomyślałam, gasząc światło. Sisi położyła się obok mnie i grzejąc swym ciałem pomagała mi zasnąć. Tym razem nie śniło mi się nic.
            Na samo wspomnienie o tym nocnym koszmarze okropny dreszcz przeszedł po całym moim ciele, ale zapaliłam lampę, wstałam i podeszłam do szafy starając się o niczym nie myśleć. Ubrałam wytarte, szare rurki oraz zieloną bluzkę z krótkim rękawem i zabrałam się do rozczesywania włosów. Moje kasztanowe loki układały sie znakomicie więc postanowiłam zostawić je rozpuszczone. Dopiero wtedy spojrzałam na zegar. Była 6:58. "Stąd ta ciemność" - pomyślałam. Nie wiedziałam co mam robić więc poszłam do łazienki wziąść długą, odświeżającą kompiel. Gdy weszłam do pomieszczenia od razu zapaliło się światło i zanim zamknęłam drzwi, póściłam ciepłą wodę po czym zaczęłam się rozbierać. Ułożyłam ubrania na szafce tuż obok wcześniej przygotowanych kosmetyków, spięłam włosy czarną spinką i weszłam do wanny. Woda była gorąca lecz mi to nie przeszkadzało. Wydawałoby się, że zamknęłam oczy tylko na chwilę, ale gdy je otworzyłam była godzina 8:20. Wstałam, czując zimną wodę spływającą po ciele, zaczęłam się wycierać w miękki, niebieski ręcznik, po czym ubrałam rzeczy, które miałam już wcześniej. Spojrzałam w lustro i na nowo rozpuściłam włosy, które pomimo wody układały się długimi falami. Zabrałam się za makijaż, najpierw nałożyłam odrobinę pudru, później czarny tusz na rzęsy, na końcu pomalowałam usta błyszczykiem po czym zaszłam do jadalni gdzie czekały na mnie jajka na miękko oraz bułki z pomidorem podane przez lokaja Marco, którego zatrudnił jeszcze mój dziadek gdy tata miał 12 lat. Mam do niego pełne zaufanie i choć ma już swoje lata to nadal jest zabawnym i pełnym uśmiechu lokajem. Tak właściwie nie traktuje go jak służącego lecz jako starego, dobrego przyjaciela.
Gdy usiadłam do stołu Marco wyszedł zza drzwi niosąc gorące kakao w zielonym kubku i uśmiechając się do mnie szeroko powiedział:
- Dzień dobry panienko.
- No nie wiem czy dobry - odpowiedziałam lekko się uśmiechając.
- No właśnie widze, że panienka coś nie w humorze. Coś się stało?
- Nie, nic takiego. Po prostu źle spałam.
- Ach tak... - jego głos zdradzał, że wie więcej niż powiedział, ale wolałam nie drążyć tematu.
Lokaj chyba to zrozumiał dlatego zmienił temat:
-Ciotka panienki wyszła i kazała przekazać, że wróci późno.
- Hmm... to dlatego przygotowałeś mi normalne śniadanie? Bez żadnego wymyślania? - powiedziałam w głębi ciesząc się z posiłku. Ciotka bowiem każe sobie (i przy okazji mnie również) przygotowywać trzy rodzaje szynki na osobnych talerzach, to samo dotyczy serów, masła, pomidora czy ogórków, a w dzbankach mają stać: kawa, herbata i kakao.  Any uważa, że tak powinno być w bogatych domach a dla mnie to tylko marnowanie jedzenia.
- Jeśli panienka sobie życzy mogę odstawić to do kuchni i podać śniadanie według pani Any. - to zdanie wypowiedziane przez Marco zbiło mnie odrobinę z pantykału.
- Nie, dziękuję. Wiesz jakie mam zdanie na ten temat. - odpowiedziałam dość chłodnym tonem.
- Oczywiście - powiedziawszy to, odwrócił się i zniknął za drzwiami kuchni.
Zabrałam się za jedzenie lecz zanim ugryzłam pierwszy kęs zadzwonił telefon. Byłam blisko niego więc poszłam odebrać.
- Nicole Wincston z tej strony, słucham? - powiedziałam władczym tonem, którego nauczyła mnie ciotka.
- Nicole wreszcie odebrałaś! Od godziny próbuje się od ciebie dodzwonić! - ten histeryzujący głos mógł należeć tylko do jednej osoby.
- No przepraszam Jen, ale nie wiedziałam,  że... - zaczęłam się wytłumaczyć, ale ta przerwała mi w połowie zdania.
- Lepiej powiedz co robimy dzisiaj.
- Co? O co ci chodzi? - spytałam nie bardzo rozumiejąc.
- Impreza u Josha. - odpowiedziała odrobinę zniecierpliwiona - Tylko mi nie mów, że zapomniałaś!
- Jak mogłabym zapomnieć? Mówiłaś tylko o tym już dobre dwa tygodnie wcześniej...
- No więc, o której się widzimy? - spytała, a jej głos zdradzał, że nie mogła się doczekać.
- 15:30? U mnie. - podpowiedziałam.
- No pewnie, że u ciebie. Ok, to widzimy się później. Nara. - zanim zdążyłam się odezwać kumpela odłożyła słuchawkę.
"Cała Jen" - pomyślałam siadając spowrotem do stołu i zabrałam się za jedzenie. "Kiedy ona oduczy się mówić nara. Dobrze wie, że tego nie cierpię".
- Kto dzwonił? - z zamyślenia wyrwał mnie Marco.
- Jen. - odpowiedziałam krótko.
- Ach tak... gdzie panienki się wybierają tym razem?
- Na imprezę do Josha - stwierdziłam bez większych emocji - możemy iść?
- Ależ ja nie decyduje co panienka może robić a co nie. - odrzekł jakby trochę obrażonym tonem i wyszedł z jadalni niosąc mój talerz oraz kubek, a ja nie czekając dłużej poszłam do swojego pokoju.
"Ciekawe ile razy dzwoniła Jen" - myślałam biorąc komórkę w rękę. Nacisnęłam guzik po czym na wyświetlaczu było napisane "17 nieodebranych połączeń Jen".
- Ona chyba nie ma co robić - powiedziałam na głos, zasiadając do laptopa.
Sprawdzając pocztę myślałam o Jen. Jak ona mogła przez tyle lat wytrzymać ze swoimi rodzicami, którzy pilnują ją na każdym kroku. Z jednej strony wcale się jej nie dziwie, że nie powiedziała im jaka jest naprawdę, bo przeżyłaby prawdziwe piekło. Z drugiej jednak strony zadaję sobię pytanie "ile ona jeszcze zamierza to ukrwać?". Pytałam ją kiedyś, ale ona sama nie wie jak długo to wytrzyma. Spojrzałam na zegarek, była 10:02. "Mam dużo czasu" - pomyślałam włączając muzykę, która odbiła się głośnymi basami przez wieżę. Po zalogowaniu na pocztę zauważyłam wiadomość, która normalnie nie przykułaby mojej uwagi, gdyby nie nadawca. Coś mi się nie zgadzało, ponieważ nadawcą był / była nijaka "zjawa". "Hmm... dziwne imię jak na człowieka" - uśmiechając się do siebie otwarłam wiadomość. Na pulpicie pojawiła się tylko jedno zdanie "Twoje życie niedługo się zmieni". Pomyślałam, że któś robi sobie ze mnie żarty lecz po chwili na ekranie pojawiły się krwistoczerwone cyfry, których krawędzie "ściekały" jakby żeczywiście były z krwi. Zaczęło się jakieś odliczanie, a ja nie wiedziałam o co chodzi. Jak najszybciej odsunęłam się od laptopa, który pokazywał liczbę "2". Gdy znalazłam się pod ścianą, komputer zaczął trzeszczeć i syczeć lecz tym razem na monitorze widniały te same szkarłatne słowa "Do zobaczenia wkrótce" i urządzenie dosłownie strzeliło iskrami po czym się wyłączyło.

czwartek, 11 lipca 2013

To może tak na pożegnanie fragment 2 rozdziału

Kiedy obudziłam się za oknem było jeszcze ciemno. Usiadłam na łóżku i gdy doszłam w miarę do siebie przypomniałam sobie dzisiejszy sen. Śniła mi się mama. Był ciepły, słoneczny dzień. Szłam przez polanę kiedy zobaczyłam ją stojącą przy stajni. Wołała mnie a ja pobiegłam w jej stronę. Chciałam jak najszybciej zająć miejsce przy niej, ale poruszałam się jakby w zwolnionym tempie. Gdy byłam już w połowie drogi, z lasu wyszedł potwór czarny jak smoła, który podszedł do mamy a ona  odwróciła się do niego uśmiechnięta. Stałam jak sparaliżowana, ale gdy mama wzięła go za rękę i odwróciła się w stronę lasu zaczęłam wołać żeby uciekała lecz ona tylko odwróciła się i z szerokim uśmiechem powiedziała "Nie bój się skarbie to przecież tylko tatuś". Wołałam "Mamo, mamo wróć do mnie!", ale ona mnie nie słuchała. Próbowałam ruszyć się z miejsca lecz nogi wrosły mi w ziemię więc mogłam tylko patrzeć jak odchodzą. Kiedy zniknęli za ścianą lasu kończyny jakby uwolnione od jakiegoś zaklęcia oderwały się od podłoża co pozwoliło mi pobiec w ich stronę. "Może nie jest jeszcze za późno" -pomyślałam, dając sobie nadzieję lecz w głębi serca wiedziałam, że to już koniec. Gdy dotarłam na miejsce, w którym zniknęli rozejrzałam się wokoło aby poszukać jakichkolwiek śladów. Nagle usłyszałam krzyk i nie czekając dłużej podążyłam za głosem wołającym o pomoc cały czas mając nadzieję, że to mama. Nie myliłam się. Schowłam się w krzakach i siedząc na wilgotnej ziemi obserwowałam całe zajście. Matka stała przy moim drzewie patrząc w oczy stwora, który nerwowo oblizywał wargi. Czarna postać położyła "ręce" na łokciach mamy cały czas na nią patrząc. Oboje wyglądali na szczęśliwych, na ułamek sekundy opuściły mnie wszelkie obawy. Nagle potwór uniósł ją i całe dobre wrażenie przeminęło z wiatrem a ja zaczęłam się na powrót martwić. Bez dłuższego zastanowienia wsadził sobię mamę do ust i szybko połknął. Zanim doszło do mnie to co się właśnie stało oprawca odwrócił się w moją stronę i patrząc mi w oczy zaczął się do mnie przybliżać. W jednej sekundzie byłam już na nogach i biegłam przez las na polanę, gdyż sądziłam, że tam będę bezpieczna. Pędziłam ile sił w nogach, mijałam drzewa, przeskakiwałam mniejsze krzewy, nie zwracałam uwagi na otarcia i krew lecącą z różnych części mojego ciała. Las zdawał się nie mieć końca. W pewnej chwili zauważyłam przebłyski miejsca, do którego tak rozpaczliwie próbowałam się dostać. Biegłam w stronę jasnego, ciepłego światła, ale zanim zdążyłam nacieszyć się osiągniętym celem, potknęłam się o korzeń wystający z ziemi. Wstając poczułam ostry ból w kolanie, jednak popatrzyłam na nie tylko przez chwilę, bo usłyszałam za sobą szelest liści i łamanie gałęzi. Byłam przerażona, zrozpaczona i niemal pewna, że to już moj koniec.

moja poczta

irana797@interia.pl
piszcie ^.^

Teraz jade na kolonie więc nie będzie żadnych postów, ale chętnie poczytam Wasze pomysły ;D

poniedziałek, 1 lipca 2013

no to zaczynamy :D



Rozdział 1

Trochę o mnie

            Cześć, mam na imię Nicole. Mam szesnaście lat. Włosy, które zmieniają barwę wraz z porą roku, oczy... hmm... ni to niebieskiego ni szarego koloru, no i oczywiście tak jak wszyscy nos i usta. Mieszkam z ojcem, ale on całe dnie przesiaduje w swoim gabinecie. W dniu wypadku, w którym zginęła mama widziałam go po raz ostatni, nie było go nawet na jej pogrzebie. Pamiętam go tylko ze zdjęć jako przystojnego blondyna o niebieskich oczach. Lubił nosić zwykłe jeansy i koszule bez zbędnych dodatków. Lokaj mówił, że tata popierał lojalność i prawdomówność. Był prawnikiem. Podobno bardzo lubiłam patrzeć na niego gdy bronił swoich racji na sali sądowej. Był wtedy taki poważny, że aż straszny, czyli całkiem odwrotnie niż w domu. Przy mnie był wesoły i zawsze potrafił znaleść wolną chwilę na zabawę ze mną i z mamą. Szkoda, że teraz nie mamy kontaktu, zresztą... nawet nie wiem czy żyje. Mama z kolei umarła gdy miałam siedem lat. Miała na imię Jasmin. Pamiętam ją jak przez mgłę. Gdy zamykam oczy widzę jak stoi na polanie, w swojej błękitnej sukience w kolorowe kwiaty, a wiatr rozwiewa na wszystkie strony jej kruczoczarne loki. Ciocia dużo mi kiedyś o niej opowiadała. Mówiła, że była odważna, lubiła wyzwania, zawsze się uśmiechała. Była miła, wesoła i zawsze była blisko w razie potrzeby. Bardzo kochała mnie i tatę. Uwielbiała motory, pewnego dnia podczas przejażdżki, straciła panowanie nad maszyną i zderzyła się z jadącą, z przeciwka ciężarówką. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Przynajmniej tak mi mówiono. Czasem zastanawiam się czy to lepiej, że umarła kiedy byłam jeszcze mała i nierozumiejąca czy lepiej gdyby żyła. Poznałabym ją wtedy, zresztą miałabym normalną rodzinę: tatę, mamę i wszystko byłoby okey, ale z drugiej strony później cierpiałabym bardziej, bo... jak wiadomo nikt nie żyje wiecznie. Chyba, że ten z pierwszej części "Harrego Pottera" żył sześćset sześćdziesiąt pięć lat czy ileś, ale szczerze to nie wiem co o tym wszystkim myśleć... w każdym razie od śmierci mamy opiekuje się mną jej siostra - Any. Jest bardzo miła, ale pomimo starań cioci czuję się samotna. Jest niższa i grubsza od przeciętnej kobiety co bardzo ją denerwuje. Ma rude włosy oraz pulchną, piegowatą twarz. Nie była zbytnio zdziwiona gdy usłyszała, że mama nieżyje. Ciągle powtarzała "To jej rozbrykanie przysporzy jej kłopotów". Teraz ma na głowie cały dom, musi wszystkiego dopilnować aby wszystko było jak należy. Ma ułatwione zadanie, bo zawsze ma do pomocy lokaja Marco i sporą sumę pieniędzy, które przepisała na nią moja matka.
            Mam kumpelę o imieniu Jen, z którą przyjaźnię się od przedszkola i praktycznie to ona pomaga mi przetrwać. Ma krótkie ciemno brązowe włosy, śniadą cerę i zielone oczy. Ubiera się zazwyczaj w ciemną spódnicę i białą koszulę z czarnym krawatem. Uwielbia się uczyć, dlatego na przerwie można ją zastać praktycznie tylko w towarzystwie książek i zeszytów. Oprócz mnie w szkole nie ma nikogo, bo wszyscy uważają ją za kujonkę. Mało kto wie jaka Jen jest naprawdę. Jej rodzice są nauczycielami i chcą aby ich kochana córka była taka wykształcona jak oni. W rzeczywistości tylko udaje taką grzeczną dziewczynkę, która nie będzie miała chłopaka do osiemnastki, bo słucha się rodziców. Często w weekendy u mnie nocuje i właśnie wtedy można zobaczyć jej prawdziwą twarz. Wyciąga mnie na różne zabawy i dyskoteki, a ja przeważnie się zgadzam. Jen lubi tam chodzić, bo wtedy jest w centrum uwagi i w ogóle jest lubiana. Jesteśmy tak wyszykowane, że nikt nas nigdy nie poznaje. Moja przyjaciółka zawsze ma w kosmetyczce mnóstwo kosmetyków, którymi mocno się maluje, dopina sobie różowe włosy, które sięgają jej wtedy do pasa, zakłada ogromne kolczyki i ubiera się w skąpe, krótkie spódniczki. Wtedy zabiera się za mnie i tak ubrane, wymalowane robimy furorę wśród uczestników imprezy.  Any nie wie o tych naszych wieczornych wypadach na miasto, ale wie Marco i pozwala mi wychodzić. Ma do mnie pełne zaufanie. Wiem, że jeśli przyjdziemy pijane, naćpane czy też w innym jeszcze stanie to skończy się to nasze imprezowanie, wtedy w domu było by nudno, więc wolimy być w miarę grzeczne. Pomimo pracy niańki (Jen uwielbia poznawać nowych chłopaków i trochę sobie popić, a to połączenie może być dla niej... nie bardzo korzystne) bawię się z nią świetnie.
            Z kolei w szkole jestem najbardziej lubianą osobą ze wszystkich uczniów, ale tylko dlatego że jestem bogata. Mam chłopaka o imieniu Tay. Jest wysokim, przystojnym brunetem o piwnych oczach. Nosi ciemne spodnie, koszule i okulary przeciwsłoneczne (ma je nie tylko w lato czy w słoneczne dni, ale nawet gdy jest zima, deszcz czy burza). Wszystkie dziewczyny w szkole za nim szaleją. Chodzimy ze sobą rok i już od dawna mamy się dość, zresztą nigdy nie chciałam się pakować w ten związek. Tak to jest jak zna cię cała szkoła, która nie patrzy na to z kim chcesz być, tylko z kim fajnie wyglądasz. Jen jako jedyna wie wszystko o tym "związku" i nie podoba jej się jak Tay mnie traktuje, ale nie chce się zbytnio wtrącać.
            Teraz może trochę o miejscu, w którym mieszkam. Mój dom znajduje się na wzgórzu, jest to wielka willa z basenem. Obok jest garaż, w którym stoi mnóstwo aut, ale nikt ich nie używa. Tak właściwie nie wiem po co one tam są, bo tylko miejsce zajmują, ale okey... Za domem rozciąga się zielone pastwisko, a na jego końcu znajduje się stajnia z drewnianymi, ciemno czerwonymi ścianami i bordowym dachem. Budynek jest w połowie otoczony lasem, w którym mam swoje ulubione miejsce. Jest to wielkie drzewo, na którym lubię siedzieć i myśleć. Kiedy mam jakiś problem wsiadam na konia i jadę tam. Przywiązuję Yer'a do pnia albo puszczam go wolno żeby sobie pobiegał, wchodzę na najwyższą gałąź, siadam i szukam rozwiązania na dręczące mnie pytania. Kiedyś było łatwiej, nie miałam żadnych zmartwień ani problemów, ale jak mawiała mama "mimo trudności trzeba żyć dalej". Dawniej lubiłam jeździć z nią konno. Sadzała mnie przed sobą i galopowałyśmy przez łąki i lasy. Do teraz konie są moją tzw. pasją, ale nie sprawia mi to już takiej radości jak kiedyś lub poprostu nie mam czasu.
            Mój ulubiony ogier Yer jest cały czarny. Ma mądre, ciemne oczy i długą grzywę. Mamy też inne konie, ale ten jest mój, zresztą wszystkie są moje, bo ciocia nie jeździ a ojciec już dla mnie nie istnieje. Yer'a dostałam na piąte urodziny i do tej pory jest dla mnie jak brat, mimo, że to zwierze, nigdy go zresztą tak nie traktowałam. Ogier zdaje się mnie rozumieć jak nikt inny, jest ze mną gdy go potrzebuje i mam nadzieje, że zostanie jeszcze długo.