Na samo wspomnienie o tym nocnym
koszmarze okropny dreszcz przeszedł po całym moim ciele, ale zapaliłam lampę,
wstałam i podeszłam do szafy starając się o niczym nie myśleć. Ubrałam wytarte,
szare rurki oraz zieloną bluzkę z krótkim rękawem i zabrałam się do
rozczesywania włosów. Moje kasztanowe loki układały sie znakomicie więc
postanowiłam zostawić je rozpuszczone. Dopiero wtedy spojrzałam na zegar. Była
6:58. "Stąd ta ciemność" - pomyślałam. Nie wiedziałam co mam robić
więc poszłam do łazienki wziąść długą, odświeżającą kompiel. Gdy weszłam do
pomieszczenia od razu zapaliło się światło i zanim zamknęłam drzwi, póściłam
ciepłą wodę po czym zaczęłam się rozbierać. Ułożyłam ubrania na szafce tuż obok
wcześniej przygotowanych kosmetyków, spięłam włosy czarną spinką i weszłam do
wanny. Woda była gorąca lecz mi to nie przeszkadzało. Wydawałoby się, że
zamknęłam oczy tylko na chwilę, ale gdy je otworzyłam była godzina 8:20.
Wstałam, czując zimną wodę spływającą po ciele, zaczęłam się wycierać w miękki,
niebieski ręcznik, po czym ubrałam rzeczy, które miałam już wcześniej.
Spojrzałam w lustro i na nowo rozpuściłam włosy, które pomimo wody układały się
długimi falami. Zabrałam się za makijaż, najpierw nałożyłam odrobinę pudru,
później czarny tusz na rzęsy, na końcu pomalowałam usta błyszczykiem po czym
zaszłam do jadalni gdzie czekały na mnie jajka na miękko oraz bułki z pomidorem
podane przez lokaja Marco, którego zatrudnił jeszcze mój dziadek gdy tata miał
12 lat. Mam do niego pełne zaufanie i choć ma już swoje lata to nadal jest
zabawnym i pełnym uśmiechu lokajem. Tak właściwie nie traktuje go jak służącego
lecz jako starego, dobrego przyjaciela.
Gdy
usiadłam do stołu Marco wyszedł zza drzwi niosąc gorące kakao w zielonym kubku
i uśmiechając się do mnie szeroko powiedział:- Dzień dobry panienko.
- No nie wiem czy dobry - odpowiedziałam lekko się uśmiechając.
- No właśnie widze, że panienka coś nie w humorze. Coś się stało?
- Nie, nic takiego. Po prostu źle spałam.
- Ach tak... - jego głos zdradzał, że wie więcej niż powiedział, ale wolałam nie drążyć tematu.
Lokaj chyba to zrozumiał dlatego zmienił temat:
-Ciotka panienki wyszła i kazała przekazać, że wróci późno.
- Hmm... to dlatego przygotowałeś mi normalne śniadanie? Bez żadnego wymyślania? - powiedziałam w głębi ciesząc się z posiłku. Ciotka bowiem każe sobie (i przy okazji mnie również) przygotowywać trzy rodzaje szynki na osobnych talerzach, to samo dotyczy serów, masła, pomidora czy ogórków, a w dzbankach mają stać: kawa, herbata i kakao. Any uważa, że tak powinno być w bogatych domach a dla mnie to tylko marnowanie jedzenia.
- Jeśli panienka sobie życzy mogę odstawić to do kuchni i podać śniadanie według pani Any. - to zdanie wypowiedziane przez Marco zbiło mnie odrobinę z pantykału.
- Nie, dziękuję. Wiesz jakie mam zdanie na ten temat. - odpowiedziałam dość chłodnym tonem.
- Oczywiście - powiedziawszy to, odwrócił się i zniknął za drzwiami kuchni.
Zabrałam się za jedzenie lecz zanim ugryzłam pierwszy kęs zadzwonił telefon. Byłam blisko niego więc poszłam odebrać.
- Nicole Wincston z tej strony, słucham? - powiedziałam władczym tonem, którego nauczyła mnie ciotka.
- Nicole wreszcie odebrałaś! Od godziny próbuje się od ciebie dodzwonić! - ten histeryzujący głos mógł należeć tylko do jednej osoby.
- No przepraszam Jen, ale nie wiedziałam, że... - zaczęłam się wytłumaczyć, ale ta przerwała mi w połowie zdania.
- Lepiej powiedz co robimy dzisiaj.
- Co? O co ci chodzi? - spytałam nie bardzo rozumiejąc.
- Impreza u Josha. - odpowiedziała odrobinę zniecierpliwiona - Tylko mi nie mów, że zapomniałaś!
- Jak mogłabym zapomnieć? Mówiłaś tylko o tym już dobre dwa tygodnie wcześniej...
- No więc, o której się widzimy? - spytała, a jej głos zdradzał, że nie mogła się doczekać.
- 15:30? U mnie. - podpowiedziałam.
- No pewnie, że u ciebie. Ok, to widzimy się później. Nara. - zanim zdążyłam się odezwać kumpela odłożyła słuchawkę.
"Cała Jen" - pomyślałam siadając spowrotem do stołu i zabrałam się za jedzenie. "Kiedy ona oduczy się mówić nara. Dobrze wie, że tego nie cierpię".
- Kto dzwonił? - z zamyślenia wyrwał mnie Marco.
- Jen. - odpowiedziałam krótko.
- Ach tak... gdzie panienki się wybierają tym razem?
- Na imprezę do Josha - stwierdziłam bez większych emocji - możemy iść?
- Ależ ja nie decyduje co panienka może robić a co nie. - odrzekł jakby trochę obrażonym tonem i wyszedł z jadalni niosąc mój talerz oraz kubek, a ja nie czekając dłużej poszłam do swojego pokoju.
"Ciekawe ile razy dzwoniła Jen" - myślałam biorąc komórkę w rękę. Nacisnęłam guzik po czym na wyświetlaczu było napisane "17 nieodebranych połączeń Jen".
- Ona chyba nie ma co robić - powiedziałam na głos, zasiadając do laptopa.
Sprawdzając pocztę myślałam o Jen. Jak ona mogła przez tyle lat wytrzymać ze swoimi rodzicami, którzy pilnują ją na każdym kroku. Z jednej strony wcale się jej nie dziwie, że nie powiedziała im jaka jest naprawdę, bo przeżyłaby prawdziwe piekło. Z drugiej jednak strony zadaję sobię pytanie "ile ona jeszcze zamierza to ukrwać?". Pytałam ją kiedyś, ale ona sama nie wie jak długo to wytrzyma. Spojrzałam na zegarek, była 10:02. "Mam dużo czasu" - pomyślałam włączając muzykę, która odbiła się głośnymi basami przez wieżę. Po zalogowaniu na pocztę zauważyłam wiadomość, która normalnie nie przykułaby mojej uwagi, gdyby nie nadawca. Coś mi się nie zgadzało, ponieważ nadawcą był / była nijaka "zjawa". "Hmm... dziwne imię jak na człowieka" - uśmiechając się do siebie otwarłam wiadomość. Na pulpicie pojawiła się tylko jedno zdanie "Twoje życie niedługo się zmieni". Pomyślałam, że któś robi sobie ze mnie żarty lecz po chwili na ekranie pojawiły się krwistoczerwone cyfry, których krawędzie "ściekały" jakby żeczywiście były z krwi. Zaczęło się jakieś odliczanie, a ja nie wiedziałam o co chodzi. Jak najszybciej odsunęłam się od laptopa, który pokazywał liczbę "2". Gdy znalazłam się pod ścianą, komputer zaczął trzeszczeć i syczeć lecz tym razem na monitorze widniały te same szkarłatne słowa "Do zobaczenia wkrótce" i urządzenie dosłownie strzeliło iskrami po czym się wyłączyło.