Rozdział 1
Trochę o mnie
Cześć, mam na imię Nicole. Mam szesnaście lat. Włosy, które zmieniają barwę wraz z porą roku, oczy... hmm... ni to niebieskiego ni szarego koloru, no i oczywiście tak jak wszyscy nos i usta. Mieszkam z ojcem, ale on całe dnie przesiaduje w swoim gabinecie. W dniu wypadku, w którym zginęła mama widziałam go po raz ostatni, nie było go nawet na jej pogrzebie. Pamiętam go tylko ze zdjęć jako przystojnego blondyna o niebieskich oczach. Lubił nosić zwykłe jeansy i koszule bez zbędnych dodatków. Lokaj mówił, że tata popierał lojalność i prawdomówność. Był prawnikiem. Podobno bardzo lubiłam patrzeć na niego gdy bronił swoich racji na sali sądowej. Był wtedy taki poważny, że aż straszny, czyli całkiem odwrotnie niż w domu. Przy mnie był wesoły i zawsze potrafił znaleść wolną chwilę na zabawę ze mną i z mamą. Szkoda, że teraz nie mamy kontaktu, zresztą... nawet nie wiem czy żyje. Mama z kolei umarła gdy miałam siedem lat. Miała na imię Jasmin. Pamiętam ją jak przez mgłę. Gdy zamykam oczy widzę jak stoi na polanie, w swojej błękitnej sukience w kolorowe kwiaty, a wiatr rozwiewa na wszystkie strony jej kruczoczarne loki. Ciocia dużo mi kiedyś o niej opowiadała. Mówiła, że była odważna, lubiła wyzwania, zawsze się uśmiechała. Była miła, wesoła i zawsze była blisko w razie potrzeby. Bardzo kochała mnie i tatę. Uwielbiała motory, pewnego dnia podczas przejażdżki, straciła panowanie nad maszyną i zderzyła się z jadącą, z przeciwka ciężarówką. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Przynajmniej tak mi mówiono. Czasem zastanawiam się czy to lepiej, że umarła kiedy byłam jeszcze mała i nierozumiejąca czy lepiej gdyby żyła. Poznałabym ją wtedy, zresztą miałabym normalną rodzinę: tatę, mamę i wszystko byłoby okey, ale z drugiej strony później cierpiałabym bardziej, bo... jak wiadomo nikt nie żyje wiecznie. Chyba, że ten z pierwszej części "Harrego Pottera" żył sześćset sześćdziesiąt pięć lat czy ileś, ale szczerze to nie wiem co o tym wszystkim myśleć... w każdym razie od śmierci mamy opiekuje się mną jej siostra - Any. Jest bardzo miła, ale pomimo starań cioci czuję się samotna. Jest niższa i grubsza od przeciętnej kobiety co bardzo ją denerwuje. Ma rude włosy oraz pulchną, piegowatą twarz. Nie była zbytnio zdziwiona gdy usłyszała, że mama nieżyje. Ciągle powtarzała "To jej rozbrykanie przysporzy jej kłopotów". Teraz ma na głowie cały dom, musi wszystkiego dopilnować aby wszystko było jak należy. Ma ułatwione zadanie, bo zawsze ma do pomocy lokaja Marco i sporą sumę pieniędzy, które przepisała na nią moja matka.
Trochę o mnie
Cześć, mam na imię Nicole. Mam szesnaście lat. Włosy, które zmieniają barwę wraz z porą roku, oczy... hmm... ni to niebieskiego ni szarego koloru, no i oczywiście tak jak wszyscy nos i usta. Mieszkam z ojcem, ale on całe dnie przesiaduje w swoim gabinecie. W dniu wypadku, w którym zginęła mama widziałam go po raz ostatni, nie było go nawet na jej pogrzebie. Pamiętam go tylko ze zdjęć jako przystojnego blondyna o niebieskich oczach. Lubił nosić zwykłe jeansy i koszule bez zbędnych dodatków. Lokaj mówił, że tata popierał lojalność i prawdomówność. Był prawnikiem. Podobno bardzo lubiłam patrzeć na niego gdy bronił swoich racji na sali sądowej. Był wtedy taki poważny, że aż straszny, czyli całkiem odwrotnie niż w domu. Przy mnie był wesoły i zawsze potrafił znaleść wolną chwilę na zabawę ze mną i z mamą. Szkoda, że teraz nie mamy kontaktu, zresztą... nawet nie wiem czy żyje. Mama z kolei umarła gdy miałam siedem lat. Miała na imię Jasmin. Pamiętam ją jak przez mgłę. Gdy zamykam oczy widzę jak stoi na polanie, w swojej błękitnej sukience w kolorowe kwiaty, a wiatr rozwiewa na wszystkie strony jej kruczoczarne loki. Ciocia dużo mi kiedyś o niej opowiadała. Mówiła, że była odważna, lubiła wyzwania, zawsze się uśmiechała. Była miła, wesoła i zawsze była blisko w razie potrzeby. Bardzo kochała mnie i tatę. Uwielbiała motory, pewnego dnia podczas przejażdżki, straciła panowanie nad maszyną i zderzyła się z jadącą, z przeciwka ciężarówką. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Przynajmniej tak mi mówiono. Czasem zastanawiam się czy to lepiej, że umarła kiedy byłam jeszcze mała i nierozumiejąca czy lepiej gdyby żyła. Poznałabym ją wtedy, zresztą miałabym normalną rodzinę: tatę, mamę i wszystko byłoby okey, ale z drugiej strony później cierpiałabym bardziej, bo... jak wiadomo nikt nie żyje wiecznie. Chyba, że ten z pierwszej części "Harrego Pottera" żył sześćset sześćdziesiąt pięć lat czy ileś, ale szczerze to nie wiem co o tym wszystkim myśleć... w każdym razie od śmierci mamy opiekuje się mną jej siostra - Any. Jest bardzo miła, ale pomimo starań cioci czuję się samotna. Jest niższa i grubsza od przeciętnej kobiety co bardzo ją denerwuje. Ma rude włosy oraz pulchną, piegowatą twarz. Nie była zbytnio zdziwiona gdy usłyszała, że mama nieżyje. Ciągle powtarzała "To jej rozbrykanie przysporzy jej kłopotów". Teraz ma na głowie cały dom, musi wszystkiego dopilnować aby wszystko było jak należy. Ma ułatwione zadanie, bo zawsze ma do pomocy lokaja Marco i sporą sumę pieniędzy, które przepisała na nią moja matka.
Mam kumpelę o imieniu Jen, z którą
przyjaźnię się od przedszkola i praktycznie to ona pomaga mi przetrwać. Ma
krótkie ciemno brązowe włosy, śniadą cerę i zielone oczy. Ubiera się zazwyczaj
w ciemną spódnicę i białą koszulę z czarnym krawatem. Uwielbia się uczyć,
dlatego na przerwie można ją zastać praktycznie tylko w towarzystwie książek i
zeszytów. Oprócz mnie w szkole nie ma nikogo, bo wszyscy uważają ją za kujonkę.
Mało kto wie jaka Jen jest naprawdę. Jej rodzice są nauczycielami i chcą aby
ich kochana córka była taka wykształcona jak oni. W rzeczywistości tylko udaje
taką grzeczną dziewczynkę, która nie będzie miała chłopaka do osiemnastki, bo
słucha się rodziców. Często w weekendy u mnie nocuje i właśnie wtedy można zobaczyć
jej prawdziwą twarz. Wyciąga mnie na różne zabawy i dyskoteki, a ja przeważnie
się zgadzam. Jen lubi tam chodzić, bo wtedy jest w centrum uwagi i w ogóle jest
lubiana. Jesteśmy tak wyszykowane, że nikt nas nigdy nie poznaje. Moja
przyjaciółka zawsze ma w kosmetyczce mnóstwo kosmetyków, którymi mocno się
maluje, dopina sobie różowe włosy, które sięgają jej wtedy do pasa, zakłada
ogromne kolczyki i ubiera się w skąpe, krótkie spódniczki. Wtedy zabiera się za
mnie i tak ubrane, wymalowane robimy furorę wśród uczestników imprezy. Any nie wie o tych naszych wieczornych
wypadach na miasto, ale wie Marco i pozwala mi wychodzić. Ma do mnie pełne
zaufanie. Wiem, że jeśli przyjdziemy pijane, naćpane czy też w innym jeszcze
stanie to skończy się to nasze imprezowanie, wtedy w domu było by nudno, więc
wolimy być w miarę grzeczne. Pomimo pracy niańki (Jen uwielbia poznawać nowych
chłopaków i trochę sobie popić, a to połączenie może być dla niej... nie bardzo
korzystne) bawię się z nią świetnie.
Z kolei w szkole jestem najbardziej
lubianą osobą ze wszystkich uczniów, ale tylko dlatego że jestem bogata. Mam
chłopaka o imieniu Tay. Jest wysokim, przystojnym brunetem o piwnych oczach.
Nosi ciemne spodnie, koszule i okulary przeciwsłoneczne (ma je nie tylko w lato
czy w słoneczne dni, ale nawet gdy jest zima, deszcz czy burza). Wszystkie
dziewczyny w szkole za nim szaleją. Chodzimy ze sobą rok i już od dawna mamy
się dość, zresztą nigdy nie chciałam się pakować w ten związek. Tak to jest jak
zna cię cała szkoła, która nie patrzy na to z kim chcesz być, tylko z kim
fajnie wyglądasz. Jen jako jedyna wie wszystko o tym "związku" i nie
podoba jej się jak Tay mnie traktuje, ale nie chce się zbytnio wtrącać.
Teraz może trochę o miejscu, w
którym mieszkam. Mój dom znajduje się na wzgórzu, jest to wielka willa z
basenem. Obok jest garaż, w którym stoi mnóstwo aut, ale nikt ich nie używa.
Tak właściwie nie wiem po co one tam są, bo tylko miejsce zajmują, ale okey...
Za domem rozciąga się zielone pastwisko, a na jego końcu znajduje się stajnia z
drewnianymi, ciemno czerwonymi ścianami i bordowym dachem. Budynek jest w
połowie otoczony lasem, w którym mam swoje ulubione miejsce. Jest to wielkie
drzewo, na którym lubię siedzieć i myśleć. Kiedy mam jakiś problem wsiadam na
konia i jadę tam. Przywiązuję Yer'a do pnia albo puszczam go wolno żeby sobie
pobiegał, wchodzę na najwyższą gałąź, siadam i szukam rozwiązania na dręczące
mnie pytania. Kiedyś było łatwiej, nie miałam żadnych zmartwień ani problemów,
ale jak mawiała mama "mimo trudności trzeba żyć dalej". Dawniej
lubiłam jeździć z nią konno. Sadzała mnie przed sobą i galopowałyśmy przez łąki
i lasy. Do teraz konie są moją tzw. pasją, ale nie sprawia mi to już takiej
radości jak kiedyś lub poprostu nie mam czasu.
Mój ulubiony ogier Yer jest cały czarny. Ma mądre, ciemne oczy i długą grzywę. Mamy też inne konie, ale ten jest mój, zresztą wszystkie są moje, bo ciocia nie jeździ a ojciec już dla mnie nie istnieje. Yer'a dostałam na piąte urodziny i do tej pory jest dla mnie jak brat, mimo, że to zwierze, nigdy go zresztą tak nie traktowałam. Ogier zdaje się mnie rozumieć jak nikt inny, jest ze mną gdy go potrzebuje i mam nadzieje, że zostanie jeszcze długo.
Mój ulubiony ogier Yer jest cały czarny. Ma mądre, ciemne oczy i długą grzywę. Mamy też inne konie, ale ten jest mój, zresztą wszystkie są moje, bo ciocia nie jeździ a ojciec już dla mnie nie istnieje. Yer'a dostałam na piąte urodziny i do tej pory jest dla mnie jak brat, mimo, że to zwierze, nigdy go zresztą tak nie traktowałam. Ogier zdaje się mnie rozumieć jak nikt inny, jest ze mną gdy go potrzebuje i mam nadzieje, że zostanie jeszcze długo.
No wreszcie pierwszy rozdział hmm... zapowiada się ciekawie :d
OdpowiedzUsuńZgadzam się z przedmówcą i życze napisania książki do końca 6.6
OdpowiedzUsuńI like :))
OdpowiedzUsuń